wtorek, 15 września 2015

14. Berlin, Deustchland



Hej! Niejednokrotnie wspominałam na blogu jak bardzo uwielbiam podróżować i poznawać nowe miejsca. Tym razem dodam do tego jeszcze to, że szczególną przyjemność odczuwam, gdy robię to za dość niewielkie pieniądze. Zapraszam do przeczytania relacji z wyjazdu, a także mojej opinii na temat stolicy naszego zachodniego sąsiada.


Podróż do Niemiec była jednym z moich małych marzeń, które ciągnęło się za mną jeszcze od gimnazjum. Wtedy nieistotne dla mnie było gdzie dokładnie miałabym się znaleźć, ale wiedziałam, że chcę zobaczyć ten kraj. Dokładne miejsce, które chciałabym odwiedzić jako pierwsze sprecyzowałam sobie w liceum. Studiując dużą mapę na lekcjach niemieckiego, doszłam do wniosku, że tak naprawdę chciałabym zacząć właśnie od stolicy. Gdy zaczęłam studia we Wrocławiu, a kilometry dzielące mnie i Berlin znacznie się zmniejszyły, postanowiłam, że prędzej czy później po prostu tam pojadę chociażby na jeden dzień.

Zacznę od tego, że tanie bilety wpadły mi w ręce chyba trochę przez przypadek i to dzięki przyjaciółce, która akurat przeglądała różne oferty PolskiegoBusa. Gdy wysłała mi ofertę potrzebowałam tylko jednego telefonu do chłopaka czy jedzie ze mną, szybka decyzja, szybkie dogranie terminów, kupuję. Płacę za naszą dwójkę 36 zł w dwie strony i z niecierpliwością czekam na TEN dzień.

Piątek, 28 sierpnia, godzina w pół do pierwszej, trochę śpiący ruszamy korzystając z usług PolskiegoBusa z tymczasowego dworca pks we Wrocławiu na przygodę życia, na okrągły dzień w Berlinie. Podróż do Berlina przesypiam w autobusie, dlatego mija mi w miarę szybko i przyjemnie. Około godziny piątej docieramy do słynnego ZOB w Berlinie. Ciemno. Pada deszcz. Leje.
Lekko rozproszeni przez deszcz, nie bardzo wiemy co mamy ze sobą zrobić, jednakże wyposażeni w parasol i ja w kurtkę przeciwdeszczową ruszamy wzdłuż ulicy Neue Kantsraße. Trochę pożałowaliśmy tego rannego spaceru, gdy tylko poczuliśmy, że nasze buty przepuszczają wodę do środka. Powoli zaczynało robić się widno, a w efekcie doszliśmy na stację metra Zoologisher Garten, tam kupiliśmy Tageskarte na strefę AB za niecałe 7euro za osobę.

Zważywszy na wczesną porę i dosyć nieprzyjemną pogodę stwierdziliśmy, że pojeździmy sobie berlińskim metrem. Ze stacji Zoologisher Garten linią U12 dojechaliśmy na stację Gleisdreieck, by przesiąść się na linię U2 i dojechać na Potsdamer Platz. Tam wysiedliśmy, powoli przestawało padać, więc przeszliśmy się kawałek wzdłuż Leipzigersraße mijając między innymi Mall of Berlin, Bundesrat oraz Platz des volksaufstandes. Spacerując po pustym Berlinie, dotarliśmy do stacji metra o nazwie Stadtmitte i stamtąd udaliśmy się na Alexanderplatz.

Gdy wyszliśmy z metra przywitał nas pusty plac z charakterystyczną wieżą telewizyjną. Pokręciliśmy się tam chwilę czekając, aż otworzą jeden ze znanych fast foodów. Zjedliśmy po hamburgerze (dość niesmacznym), załatwiliśmy swoje potrzeby (jeszcze za darmo) i korzystając z okazji zajrzeliśmy do Primarku, w którym zrobiłam małe zakupy. Ruszyliśmy dalej podziwiać Berlin.

Wróciliśmy na Potsdamer Platz, tam odwiedziliśmy Sony Center i pieszo udaliśmy się wzdłuż Ebertsraße mijając Pomnik Pomordowanych Żydów Europy docieramy do słynnej Bramy Brandenburskiej. Strzelamy kilka fotek i przenosimy się w głąb Pariser Platz, tam jesteśmy świadkami przyjazdu polskiego prezydenta pod hotel Aldon.

Jedziemy do Hauptbahnhof, by stamtąd udać się do Fritz-Schloß-Park w poszukiwaniu placu do street workout'u. Niestety nam się to nie udaje. Zrezygnowani idziemy przez Turmstraße, docieramy do lini U9 i stacji Hansaplatz, z której okolic możemy podziwiać charakterystyczną Kolumnę Zwycięstwa. Metrem przez pomyłkę jedziemy na stacje Bundesplatz. Musimy zawrócić.

Najlepszą opcją wydaje nam się wrócenie na Alexanderplatz, więc tak też robimy. Kręcimy się trochę po okolicznych sklepach i ruszamy ponownie na Pariser Platz, by kupić pocztówki. Tam akurat przypadkiem trafiamy na wyjazd polskiego prezydenta. 

Ruszamy ulicą Unter den Linden w stronę Berliner Dom. Po drodze podziwiamy główny budynek Uniwersytetu Humboldta, Zeughaus, Niemieckie Muzeum Historyczne.
Robimy sobie przerwę w zwiedzaniu i szukamy jakiegoś miłego, niedrogiego miejsca, by coś przekąsić. Po dość długim spacerze decydujemy się wreszcie na tureckiego kebaba, który był naprawdę przepyszny. 


Ostatnim punktem naszego zwiedzania jest berlińskie muzeum Topografia Terroru, które zlokalizowane jest w miejscu budynków, które w czasie nazistowskich Niemiec były siedzibami głównymi Gestapo i SS.
Zmęczeni powoli kierujemy się w stronę ZOB, robiąc przystanek na małe zakupy w jednym z przydrożnych sklepików. Kupujemy niemieckie trunki. Do odjazdu mamy jeszcze sporo czasu, ale nasze organizmy są już bardzo zmęczone. Czekamy na PolskiegoBusa na dworcu, by po północy ruszyć do Wrocławia.


Tak właśnie wyglądał nasz dzień w Belinie, który nie był jakoś specjalnie zaplanowany, a wręcz mogę zdradzić, że czas tam spędzony był zupełnie niezaplanowany. Mimo to jestem oczarowana stolicą Niemiec.
Wybierając się tam następnym razem muszę pamiętać przede wszystkim o drobnych na toaletę, gdyż wszędzie, oprócz  porannego skorzystania w BurgerKingu musieliśmy płacić euro lub pół. Koszty pobytu we dwie osoby wyniósł nas niecałe 50euro, czyli w przeliczeniu około stówka za osobę, plus koszty przejazdu. Moim zdaniem zdecydowanie warto wybrać się do Belina za taką cenę. Warto przemyśleć także sprawę z noclegiem, gdyż po całym dniu zwiedzania człowiek zasypia na stojąco. Niemniej jednak polecam każdemu, kto jest żądny przygód wybrać się do stolicy Niemiec i zobaczyć na własne oczy piękno tego miasta, chociażby na jeden dzień.